poniedziałek, 9 lutego 2015

ROZDZIAŁ PIERWSZY

  Krzywię się do własnego odbicia w lustrze. Do diaska z tymi włosami, zupełnie nie chcą się układać. I do diaska z Alice Evans, która się rozchorowała i każe mi teraz przez to przechodzić. ''Nie mogę się kłaść z mokrymi włosami, nie mogę się kłaść z mokrymi włosami.'' recytuję to niczym mantrę, jeszcze raz próbuję podporządkować je szczotce. Wzdycham z irytacją i przyglądam się szatynce z niebieskimi oczami, zbyt dużymi w stosunku do całej twarzy. Poddaje się. Wiąże niesforne, zniszczone od rozjaśniacza włosy w koński ogon. Mam nadzieje, że będę się jakoś prezentować.
  Alice to moja współlokatorka i akurat dzisiaj musiała dopaść ją grypa, jakby nie mogła w jakikolwiek inny dzień. Dlatego też nie jest w stanie przeprowadzić od dawna zaplanowanego wywiadu dla gazety studenckiej z jakimś mega potężnym i wpływowym potentatem przemysłowym, o którym o dziwo nigdy nie słyszałam. Zgodziłam się zrobić to za nią, wiedząc ile to dla niej znaczy. Muszę zakuwać do egzaminów końcowych, dokończyć pracę pisemna, no a po południu powinnam pojawić się w pracy, ale nie- dzisiaj pokonam dwieście sześćdziesiąt kilometrów do centrum Seattle, aby się spotkać z tym tajemniczym prezesem Hemmings Enterprises Holdings Inc. Jego czas jest niezwykle cenny- znacznie cenniejszy niż mój- niemniej jednak zgodził się udzielić Ali wywiadu. Nie lada osiągniecie, tak twierdzi moja przyjaciółka. Te jej przeklęte zajęcia dodatkowe.
  Ali siedzi skulona na kanapie w salonie.
   - Soph, tak mi przykro. Dziewięć miesięcy zabiegałam o ten wywiad. Sześć kolejnych potrwa ustalenie nowego terminu, a do tego czasu obie zdążymy skończyć studia. Jako redaktor naczelny nie mogę tego skopać. Proszę.- chrypi błagalnie. Jak ona to robi? Nawet chora ślicznie wygląda: rude włosy są w lekkim nieładzie, a zielone oczy błyszczące choć nieco zaczerwienione i załzawione.
  Ignoruje przypływ niepożądanego współczucia.
   - Oczywiście, ze pojadę Alice, a ty wracaj do łóżka. Przynieść ci nyquil albo tylenol?
   - Nyquil. Tu masz pytania i dyktafon. Wystarczy, że wciśniesz przycisk nagrywania, o tutaj. Rób notatki, ja wszystko spiszę.
   - Kompletnie nic o nim nie wiem.- burczę, bez powodzenia próbuję stłumić rosnącą panikę.
   - Pytania cię poprowadzą.  Jedź już. To długa trasa. Nie chcę, żebyś się spóźniła.
   - No dobra, jadę. A ty kładź się do łóżka.- Patrzę na nią z czułością. Robię to tylko dla niej.
   - Dobrze. Powodzenia. I dziękuje ci. Jak zawsze ratujesz mi życie.
  Biorę torbę po czym schodzę do samochodu. Nie mogę uwierzyć, że dałam się na to namówić. No, ale przecież Ali jest w czymś takim mistrzynią.  Będzie z niej świetna dziennikarka. Jest elokwentna, zdecydowana, przekonująca, śliczna- no i to moja najlepsza przyjaciółka.
  Na drogach panuje niewielki ruch. Wyjeżdżam z Vancouver w stanie Waszyngton i kieruje się w stronę Portland i autostrady I-5.
  Jest jeszcze wcześnie, a w Seattle muszę być dopiero na drugą.
  Na szczęście Alice pożyczyła mi swoje czarne BMW. Nie jestem pewna czy Wanda, mój stary garbus, dałby radę dowieźć mnie na czas. BMW fajnie się prowadzi, a kilometry uciekają jeden za drugim, gdy wciskam pedał gazu. Celem mojej podróży jest centrala globalnego przedsiębiorstwa pana Hemmingsa. To olbrzymi biurowiec, cały ze szkła i stali. Nad szklanymi drzwiami metalowe litery tworzą dyskretny napis ''Hemmings Hause''. Na miejsce dotarłam kwadrans przed drugą. Uff, nie spóźniłam się. Ogarnięta uczuciem ulgi wchodzę do ogromnego- i, szczerze mówiąc onieśmielającego- holu ze szkła, stali i białego piaskowca.
  Siedząca za biurkiem z litego piaskowca bardzo atrakcyjna, zadbana młoda blondynka uśmiecha się do mnie uprzejmie. Ma na sobie najbardziej szykowną grafitową marynarkę i białą koszulę, jakie w życiu widziałam. Wygląda jak spod igły.
   - Mam umówione spotkanie z panem Hemmingsem. Sophia Miller w zastępstwie za Alice Evans.
   - Chwileczkę, panno Miller.
  Unosi lekko brew, a ja stoję skrępowana. Żałuje, że nie pożyczyłam od Ali jakiegoś eleganckiego stroju, tylko ubrałam moją jedyną czarną spódnicę przed kolano, białą koszulę oraz czarny płaszcz. Wyglądam jak trochę starsza uczennica podstawówki idąca na rozpoczęcie roku. Odgarniam za ucho pasmo włosów i czekam na dalsze instrukcje od blondynki.
   - Panna Evans jest umówiona. Proszę się tu podpisać, panno Miller. Ostatnia winda po prawej stronie, dwudzieste piętro.- Składam podpis, uśmiecha się do mnie uprzejmie, wydaje mi się, że nawet rozbawiona. Wręcza mi identyfikator, na którym napisane jest GOŚĆ. To oczywiste, ze gość. Zupełnie tu nie pasuje. Nic nowego. Dziękuje jej, po czym udaje się w stronę wind. Po drodze mijam dwóch pracowników ochrony.
  Winda w ekspresowym tempie zawozi mnie na odpowiednie piętro. Drzwi rozsuwają się i widzę następny duży hol- ponownie szkło, stal i biały piaskowiec.  Staję przed kolejnym biurkiem za którym siedzi kolejna blondynka.
   - Panno Miller, zechce pani poczekać tutaj.- mówi wstając i wskazuje kilka krzeseł obitych białą skórą. Spoglądając w tamtym kierunku widzę ogromną, przeszkloną sale konferencyjną z dużym stołem z ciemnego drewna, wokół stoi co najmniej trzydzieści krzeseł. Za tym znajduje się sięgające od podłogi do sufitu okno z widokiem na panoramę Seattle, ciągnącą się, aż do Zatoki Puget. Widok jest oszałamiający i przez chwilę stoję jak wryta w ziemię.
  Siadam na krześle i wyjmuje z torby pytania.  Przeglądam je i w duchu mam ochotę udusić Ali za to, że nie dorzuciła chociażby krótkiej notki biograficznej. Nie wiem nic na jego temat, a za chwilę mam przeprowadzić z nim wywiad. Czy ma dziewięćdziesiąt lat czy trzydzieści. Ta niepewność jest irytująca, a ja zaczynam się denerwować. Nie przepadam za rozmową twarzą w twarz. Jeśli mam być szczera, wolę własne towarzystwo i czytanie jakiegoś brytyjskiego klasyka w wygodnym fotelu w swoim pokoju. A nie wiercenie się nerwowo na krześle w potężnym szklanym gmachu.
  Sądząc po budynku, który jest zbyt zimny i nowoczesny, uznaje, że Hemmings ma czterdzieści pięć lat: wysportowany, opalony i ciemnowłosy. Nie wiem dlaczego, tak mi się po prostu wydaje.
  W dużych drzwiach po prawej stronie pojawia się kolejna nienagannie ubrana... blondynka. O co chodzi z tymi jasnowłosymi, eleganckimi panienkami? Robię głęboki wdech i wstaję.
   - Panno Miller?- pyta najnowsza blondynka.
   - Tak- odpowiadam chrypliwie i odchrząkam.- Tak.- Teraz zabrzmiało to pewniej.
   - Pan Hemmings za chwilę się z panią spotka. Mogę wziąć pani płaszcz?
   - Oczywiście.- Zdejmuje swój płaszcz. Odbiera go i podaje blondynce za biurkiem do której zwraca się ''Olivia''.
  Drzwi od gabinetu otwierają się, a w nich pojawia się wysoki, elegancko ubrany, całkiem przystojny Afroamerykanin z krótkimi dredami. Zdecydowanie powinnam się lepiej ubrać.
  Odwraca się i mówi:
   - Golf w tym tygodniu, Hemmings.- nie słyszę odpowiedzi. Odwraca się, zauważając mnie uśmiecha się serdecznie.
   - Do widzenia paniom.- mówi mężczyzna znikając za drzwiami kabiny windy.
   - Pan Hemmings czeka na panią, panno Miller, proszę wejść.- Mówi blondynka Numer Dwa. Wstaję próbując opanować zdenerwowanie. Podnoszę torbę z krzesła obok i kieruję się w stronę uchylonych drzwi.- Proszę wchodzić bez pukania.- Uśmiecha się miło.
  Popycham drzwi i w tym samym momencie potykam się o własne nogi, po czym wpadam do pomieszczenia głowa naprzód. Ja i moje dwie lewe nogi. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Prostuje się. Podnoszę na niego wzrok. Ożeż ty- jest taki młody.
   - Panno, Evans.- wyciąga w moją stronę dłoń.- Jestem Luke Hemmings. Nic się pani nie stało? Usiądzie pani?
  Młody- i przystojny, bardzo przystojny. Ma na sobie elegancki szary garnitur, białą koszulę i czarny krawat. Jest wysoki, ma niesforne blond włosy i błyszczące błękitne oczy, których spojrzenie mierzy mnie uważnie. Dopiero po chwili jestem w stanie odpowiedzieć.
   - Prawdę mówiąc...- Bąkam. Ten facet nie może mieć więcej niż trzydzieści lat. Wyciągam dłoń i witamy się uściskiem. Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny, przyjemny dreszcz. Pospiesznie cofam rękę. Wyładowanie elektryczne i tyle.- Panna Evans jest niedysponowana, przysłała więc mnie. Mam nadzieję, że nie przeszkadza to panu, panie Hemmings.
   - A pani to...?- ton głosu ma ciepły i chyba nawet rozbawiony, choć wyraz jego twarzy pozostaje niewzruszony.
    - Sophia Miller. Studiuję literaturę angielską razem z Ali... Alice... panną Evans na Uniwersytecie Stanu Waszyngton.
   - Rozumiem.- rzuca. Wydaje mi się, że przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.- może usiądziemy?- gestem wskazuje na białą kanapę w kształcie litery L.
   Ten gabinet jest stanowczo zbyt duży dla jednej osoby. Naprzeciwko sięgających od podłogi do sufitu okien stoi biurko z ciemnego drewna, wokół którego spokojnie zmieściłoby się sześć osób. Z takiego samego drewna wykonana jest ława stojąca obok kanapy. Wszystko inne jest białe: sufit, podłoga i ściany. Na jednej z nich, tej z drzwiami, wisi mozaika niewielkich obrazów, w sumie trzydziestu sześciu, ułożonych w kwadrat.
  Nie licząc obrazów reszta gabinetu jest zimna, czysta i beznamiętna. Hemmings zajął jeden z foteli naprzeciw mnie. Wyjmuje z torby pytania Ali i kładę dyktafon na ławę, który oczywiście najpierw dwa razy ląduje na ziemi. Luke nic nie mówi, cierpliwie- mam nadzieję- czekając.
  Kiedy zbieram się na odwagę i podnoszę wzrok, dostrzegam, że mnie obserwuje. Przesuwa palcem wskazującym jednej ręki po ustach. Chyba próbuje powstrzymać uśmiech.
   - Przepraszam- bąkam.- Nie jestem do tego przyzwyczajona.
   - Ależ proszę się nie spieszyć, panno Miller.
   - Nie będzie panu przeszkadzać, jeśli nagram pańskie odpowiedzi?
   - Teraz mnie pani o to pyta? Po tym jak zadała sobie pani tyle trudu, aby umieścić na ławie dyktafon?
  Rumienię się. Przekomarza się ze mną? Oby. Nie wiem co powiedzieć, a on chyba się nade mną lituje, ponieważ stwierdza:
   - Nie będzie mi to przeszkadzać.
   - Świetnie.- przełykam nerwowo ślinę.- Mam kilka pytań panie Hemmings.
   - Tego właśnie oczekiwałem.- mówi zachowując śmiertelną powagę.
  Denerwuję się. Wciskam guzik w dyktafonie, próbuję wyglądać jak profesjonalistka.
   - Jest pan bardzo młody jak na osobę, której udało się stworzyć takie imperium. Czemu zawdzięcza pan swój sukces?- Podnoszę na niego wzrok. Uśmiecha się, ale sprawia wrażenie rozczarowanego.
   - Biznes to ludzie panno Miller, a mnie świetnie wychodzi ich ocena. Wiem, jak pracują, co poprawia ich wyniki, co nie, co ich inspiruje i jak ich motywować. Zatrudniam wyjątkowy zespół i sowicie ich wynagradzam.- Przeszywa mnie spojrzeniem niebieskich oczu.- Żywię przekonanie, że aby osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, trzeba stać się w niej mistrzem, poznać ją na wylot, każdy najmniejszy szczegół. Ciężko nad tym pracuję. Podejmuję decyzję, kieruje się logikąi faktami. Instynkt pozwala mi dostrzec dobry pomysł i zająć się nim, a także zgromadzić dobrych ludzi. W tym właśnie sedno: wszystko zawsze się sprowadza do dobrych ludzi.
   - Może ma pan po prostu szczęście.- to nie znajduje się na liście pytań, ale on jest taki arogancki.
   - Nie uznaję czegoś takiego jak szczęście czy traf, panno Miller. Wygląda na to, że im ciężej pracuje, tym więcej mam szczęścia. Naprawdę wszystko uzależnione jest od tego, czy ma się w zespole dobrych ludzi i czy należycie pożytkuje się ich energię
   - Widać, że lubi pan rządzić.- te słowa wypłynęły z moich ust bez mojej wiedzy.
   - Och, sprawuję kontrolę we wszystkich dziedzinach życia, panno Miller.- jego uśmiech pozbawiony jest wesołości.
  Patrzę na niego, a on przygląda mi się bacznie. Serce zaczyna szybciej mi bić, a policzki oblewają się rumieńcem.
Czemu tak mnie wytrąca z równowagi?
Może to kwestia jego atrakcyjności?
Przeszywającego spojrzenia?
Sposobu, w jakim palcem wskazującym przesuwa po dolnej wardze? Naprawdę mógłby przestać tak robić.
   - Poza tym ogromną władzę człowiek zdobywa wtedy, gdy przekona samego siebie, iż urodził się po to, aby sprawować kontrolę.- kontynuuje.
   - Uważa pan, że ma ogromną władzę?
   - Mam cztery tysiące pracowników, panno Miller. Zapewnia mi to swoiste poczucie odpowiedzialności, władzy, jeżeli takie określenie bardziej pani odpowiada. Gdybym podjął decyzję, że już mnie nie interesuje branża telekomunikacyjna i sprzedałbym firmę, po mniej więcej miesiącu dwadzieścia tysięcy ludzi miałoby problem ze spłatą hipoteki.
   - Nie musi pan odpowiadać przed rządem?- pytam zdegustowana. Jego brak pokory wprawia mnie w osłupienie.
   - Jestem właścicielem tej firmy. Nie muszę odpowiadać przed rządem.- Oczywiście wiedziałabym to, gdybym zebrała choć trochę informacji na jego temat. Ale, cholera, strasznie jest arogancki. Zmieniam taktykę.
  - Inwestuje pan w produkcję przemysłową. Co jest tego powodem?- Dlaczego w jego towarzystwie jestem taka skrępowana?
  - Lubię budować różne rzeczy. Lubię wiedzieć, jak wszystko działa: na jakiej zasadzie, jak to złożyć i rozłożyć. Poza tym kocham statki. Cóż mogę powiedzieć.
  - Mam wrażenie jakby mówiło to pańskie serce, nie logika i fakty.
  Dostrzegam drgnięcie kącika jego ust.
  - Możliwe. Choć niektórzy powiedzieliby, że ja nie mam serca.
  - A czemu mieliby tak mówić?
  - Bo dobrze mnie znają.
  - Czy pańscy przyjaciele powiedzieliby, że łatwo pana poznać?- I natychmiast żałuję, że o to spytałam. Nie ma tego pytania na liście Ali.
  - Mocno bronię swojej prywatności, panno Miller. Rzadko udzielam wywiadów.
  - Dlaczego więc na ten się pan zgodził?
  - Ponieważ jestem dobroczyńca waszej uczelni, no i prawdę powiedziawszy, panna Evans nie pozwalała się zbyć.
  Wiem jak uparta jest Alice. Dlatego właśnie siedzę tutaj zamiast uczyć się do egzaminów.
  - Inwestuje pan także w technologie rolnicze. Skąd pańskie zainteresowanie tą akurat branżą?
  - Nie da się jeść pieniędzy, panno Miller, a zbyt wielu ludzi na tej planecie jest niedożywionych.
  - Bardzo filantropijne podejście. Czy to właśnie jest pańską pasją? Nakarmienie biednych tego świata?
  Wzrusza niezobowiązująco ramionami.
  - To całkiem niezły biznes- stwierdza, choć wydaje mi się, że nie szczerze. Nie widzę w tym żadnych korzyści finansowych. Zerkam na kolejne pytanie.
  - Ma pan swoją filozofię? A jeśli tak, to jaką?
  - Nie mam filozofii jako takiej. Z determinacją dążę do celu. Lubię kontrolę zarówno nad samym sobą, jak i nad tymi, którzy mnie otaczają.
  - A więc chce pan obejmować rzeczy w posiadanie.- Ależ z niego ''kontroler''.
  - Chcę zasługiwać na to, aby je posiadać, ale owszem, tak to można ująć.
  - Został pan adoptowany. Jak dalece ukształtowało to pański charakter?- Och, to pytanie osobiste.
  - Nie jestem w stanie tego określić.
Zaintrygował mnie.
  - Ile miał pan lat w momencie adopcji?
  - To fakt powszechnie znany, panno Miller.- W jego głosie pobrzmiewa surowość. Znów oblewam się rumieńcem. Cholera.
  - Dla pracy poświęca pan życie rodzinne.
  - To nie jest pytanie.- rzuca krótko.
  - Przepraszam.- czuje się jak zbesztane dziecko.- Czy musi pan poświęcać dla pracy życie rodzinne?
  - Mam rodzinę. Mam brata i siostrę i kochających rodziców. Nie interesuje mnie powiększenie tej rodziny.
  - Jest pan gejem, panie Hemmings?
Cholera, jak mogłam tak po prostu o to spytać? Cholerna Alice i jej ciekawość!
  - Nie, Sophio, nie jestem.- Unosi brwi, a w jego oczach pojawia się chłodny błysk.
  - Eee.. przepraszam, ja... tak jest tu napisane...
  - To nie twoje pytania.?- Krew odpływa mi z twarzy. O, nie.
  - Nie.. To pytania Alice, panny Evans.
  - Pracujecie razem w gazecie studenckiej?- Cholera jasna!
  - Nie. To moja współlokatorka.
W zamyśleniu gładzi się po brodzie.
  - Zaoferowała się pani, że przeprowadzi ten wywiad?- pyta cicho. Chwileczkę, kto ma tu zadawać pytania?
  - Zostałam oddelegowana. Alice jest chora.- mówię przepraszająco.
  - To wiele wyjaśnia.
Rozlega się pukanie do drzwi i do gabinetu zagląda Blondynka Numer Dwa.
  - Panie Hemmings, przepraszam, że przeszkadzam, ale za dwie minuty ma pan kolejne spotkanie.
  - Jeszcze nie skończyliśmy Andreo. Odwołaj, proszę to spotkanie.
Dziewczyna waha się i sprawia wrażenie zagubionej. Hemmings odwraca się w jej stronę i unosi brwi, a ta oblewa się rumieńcem. Uff, nie tylko ja tak mam.
  - Oczywiście, panie Hemmings.- bąka po czym zamyka za sobą drzwi.
Mój rozmówca skupia uwagę z powrotem na mnie.
  - Na czym skończyliśmy, panno Miller?- Och, a więc wracamy do ''panny Miller''.
  - Ja naprawdę nie chcę panu w niczym przeszkadzać.
  - Chciałbym dowiedzieć się czegoś na pani temat. Dla wyrównania rachunków.- w jego błękitnych oczach błyszczy ciekawość. Opiera łokcie na poręczy fotela, a palce krzyżuje na wysokości ust. Jego usta są bardzo... rozpraszające.
  - Niewiele tego jest- mówię rumieniąc się po raz enty.
  - Co ma pani w planach po ukończeniu studiów?
Wzruszam ramionami, zakłopotana jego zainteresowaniem. Jechać do Seattle z Alice, znaleźć pracę. Tak naprawdę nie wybiegam zbytnio myślami w przyszłość.
  - Jeszcze nie poczyniłam planów, panie Hemmings.
  - Mamy tutaj doskonały program dla stażystów.- mówi cicho. Unoszę z zaskoczeniem brwi. Proponuje mi pracę?
  - Och. Będę to miała na uwadze. Choć nie jestem pewna, czybym tutaj pasowała.- o nie. Znów myślę na głos.
  - Dlaczego pani tak uważa?- przechyla głowę w bok, a przez jego twarz przemyka cień uśmiechu.
  - To chyba oczywiste.- Jestem niezgrabna, mało elegancka i nie mam włosów w kolorze blond.
  - Dla mnie nie.
Nagle czuję skurcz jakiś dziwnych mięśni w brzuchu. Co się dzieje? Muszę stąd wyjść, natychmiast. Wyciągam rękę po dyktafon.
  - Może oprowadzić panią?- pyta.
  - Jestem pewna, że ma pan zbyt wiele zajęć, panie Hemmings, a mnie czeka długa droga.
  - Wraca pani do Vancouver?- w jego głosie słychać zaskoczenie, a nawet niepokój. Zerka w stronę okna, Zdążyło się rozpadać.- proszę zachować ostrożność.- ton ma surowy. Czemu miałoby go to obchodzić?- otrzymała pani wszystko co trzeba?
  - Tak, proszę pana.- wrzucam dyktafon do torby.- Dziękuje za rozmowę, panie Hemmings.
  - Cała przyjemność po mojej stronie.- Jak zawsze uprzejmy.
Gdy wstaję on także podnosi się z fotela i wyciąga rękę.
  - Do zobaczenia, panno Miller.- brzmi to jak wyzwanie albo groźba. Do zobaczenia? Ponownie ujmuję jego dłoń, nadal przeskakują między nami te dziwne iskry. To pewnie nerwy.
  - Panie, Hemmings.- Kiwam głową. Podchodzi do drzwi i otwiera je na oścież.
  - Chcę dopilnować, aby nic się pani nie stało, panno Miller.- Uśmiecha się lekko. To oczywiste, że czyni aluzję do mojego mało eleganckiego wkroczenia do gabinetu. Oblewam się rumieńcem.
  - Jest pan bardzo uprzejmy, panie Hemmings.- warczę, a jego uśmiech staje się szerszy. Wściekam się w duchu i wychodzę na hol. Ku memu zaskoczeniu sam też wychodzi. Dwie blondynki unoszą głowę równie zdziwione.
  - Miała pani jakiś płaszcz?
  - Tak.- Olivia zrywa się z miejsca i przynosi moją własność. Płaszcz przejmuje Hemmings, przytrzymuje go dla mnie, a ja wsuwam ręce w rękawy. Na chwile kładzie dłonie na moich ramionach. Wciągam gwałtownie powietrze.
Długim palcem wskazującym wciska guzik przywołujący windę i stoimy czekając- ja skrępowana, on obojętnie opanowany. Drzwi rozsuwają się, a ja od razu wchodzę do kabiny pragnąc stąd uciec. Kiedy odwracam się widzę, że Hemmings opiera się ręką o ścianę przy windzie. Na prawdę jest bardzo przystojny. Rozprasza mnie.
  - Sophio.- mówi tytułem pożegnania.
  - Luke.- odpowiadam. I litościwie zasuwają się drzwi.


a/n a więc o to pierwszy rozdział :D Jak wam się podoba? Wiem, że prawie identyczny jak 50TG, ale to w końcu jest na tego podstawie więc kij z tym. :p
Mam nadzieję, że ff przypadnie wam do gustu i będziecie czytać. O matulu ja tu ledwo żyje. Nie ma to jak pisanie trzech tysięcy słów w nocy, czyż nie?
Komentujcie, to na prawdę bardzo motywuje! ♥
ilysm xx
// Hemmingsowa

1 komentarz :

  1. Kiedy kolejny rozdział? Może i identyczne, ale może być ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń